- Na pewno to nikt ważny? - zapytałem idąc korytarzem obok Rachel.
- To tylko moja świrnięta kumpela Sam, która pyta mnie o wszystko - odparła.
- Dobrze wiedzieć - mruknąłem.
- A ty?
- Co ja?
- Opowiedz mi coś jeszcze o sobie.
- Ciekawi cię cały mój życiorys? - spytałem sarkastycznie. Dziewczyna klepnęła mnie w ramię. - No co?
- Ja mówię na poważne - odpowiedziała.
Byliśmy już na zewnątrz.
- Chodźmy lepiej na tą arenę - burknąłem.
- Tak łatwo się nie wywiniesz.
- Czyżby? - pokazałem żeby w złowieszczym uśmiechu. Rachel prychnęła. - I od razu robi ci się charakterek. Nie wiedziałem, że jestem taki dobry.
- Chyba w snach.
- Tam także.
Zmierzyła mnie wzrokiem i bez słowa wyprzedziła mnie. Udałem się za nią.
Po chwili znaleźliśmy się na arenie.
- Jak myślisz, gdzie Kelly? - zapytała.
- Nie wiem - odparłem.
- Przecież mówiła, że zawsze ćwiczy.
- Może teraz śpi. Dobra. Nie zajmujmy się nią. Musimy ćwiczyć. Leć ubrać zbroję.
- A ty?
- Ja nie muszę działać w pełnym ekwipunku - zaśmiałem się.
Rachel prychnęła i odeszła by po chwili pojawić się przede mną w pełnej okazałości.
- Widzę, że jednak coś masz - wskazała na sztylet, który trzymałem w prawej dłoni.
- To ten sam, którym wczoraj zmasakrowałem manekina - przyjrzałem się ostrzu. - Jest okazałe.
- A ja mam miecz i te inne bajery.
Uśmiechnąłem się.
- To nie są bajery - poprawiłem ją. - Masz miecz, i kilka sztyletów do rzucania. Nauczę cię.
Przez około godzinę uczyłem Rachel ,,siekać" manekiny. Raz szło jej lepiej, raz gorzej, a czasami to była jakaś masakra, aż w końcu zawsze trafiała w słabe punkty.
<Rachel?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz