- Nie chciałem ciebie urazić ani coś. - zacząłem się tłumaczyć - Widywałem już Bogów z różnymi ranami. Ale zazwyczaj były to te stare pryki z Olimpu. Odprowadzić cię, gdziekolwiek idziesz?
- Własnego życia nie masz? - Spytała, ruszając do przodu.
- Ostatnimi czasy... Nie za bardzo. - podążyłem za dziewczyną - Za dużo się dzieje.
- Czekaj. - Kelly przystanęła nagle - Skoro jesteś synem Apolla... Uzdrów mi rękę - Dziewczyna zaczęła powoli odwijać opatrunek.
- Nie mogę. - chwyciłem ją za nadgarstek. Wyciągnąłem z jej dłoni bandaż i zacząłem dokładnie zawijać go z powrotem.
- Czemu?
- To dość skomplikowane. Muszę ćwiczyć, zanim uzdrowię człowieka. Nie chciałbym, by coś się komukolwiek stało.
- Czyli, że ty... - jednym ruchem przejechała palcem po szyi.
- Co? Nie. - zaśmiałem się głośno - Mojemu ojcu udało się potem naprawić mój błąd. Facet miał złamaną rękę a ja za szybko ją uzdrowiłem i się krzywo zrosła. I jeszcze parę mięśni... - Odwróciłem wzrok - Ale jeszcze się uczę. - dodałem, widząc jej minę - Gdzie właściwie idziesz?
- Do skrzydła szpitalnego - Kelly ponownie ruszyła przed siebie. Resztę drogi przeszliśmy w ciszy. Weszliśmy do ogromnego budynku.
- Wow... - Zacząłem rozglądać się po pięknych korytarzach. Kel jednak szła dalej. W pewnym momencie musiałem za nią biec by się nie zgubić. W końcu dotarliśmy do skrzydła szpitalnego. Przy jednym z łóżek stała niecierpliwie piguła.
- Miłego szycia - pożegnałem ją i odszedłem.
<Kelly?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz