- To ja popatrzę - oddaliłam się od tej dwójki.
- Musisz ćwiczyć! - zawołał za mną Brian.
- A niech mnie Ares posieka! - odkrzyknęłam, nawet się nie odwracając. Stanęłam kilka metrów od nich, zaplatając ręce na piersi. Oboje byli już przygotowani. Walka była niezwykła. Oboje poruszali się z wrodzoną gracją oraz delikatnością. Wymiana ciosów wychodziła gładko. Nie potrafiłam powiedzieć, kto wygra. Oboje byli tak samo dobrzy. Nagle Brian skutecznie rozbroił Kelly. Ostrze błysnęło w blasku zachodzącego słońca. Przesunęłam się o krok w lewo. Chwilę później w miejscu, gdzie przed chwilą stałam, wbił się miecz.
- Nic mi nie jest! - zawołałam, wyciągając klingę z piasku.
- Nie chciałem - speszył się lekko Brian.
- Prawie byś ją trafił. - podeszła do mnie Kelly - Jeszcze raz?
- Jasne - odpowiedział chłopak. Starcie było tak samo imponujące. Tym razem wygrała Kelly. I obyło się bez próby zabicia mnie.
- Zbierajmy się juz lepiej - powiedziałam, zerkając na pomarańczowe słońce. Niechętnie odłożyli broń. Razem ruszyliśmy do Akademiku.
- Opowiedzcie coś o sobie. - powiedziała nagle dziewczyna - Ty pierwsza Rachel.
- Więc... - spuściłam trochę głowę - Jestem półboginią. Moją matką jest Nemezis a tatą Johnatan Verne.
- Ten Verne? - spytała, patrząc na mnie wyczekująco - Ten od tego pisarza? Jak mu było...
- Juliusz Verne. - powiedziałam, nawet nie podnosząc wzroku - I tak. To rodzina. Ale jakoś nie czuję się z nim związana.
- Trenujesz coś? - dopytywała dziewczyna.
- Yhym. Koszykówkę.
- I balet - wtrącił się Brian.
- Już nie. - poprawiłam go szybko - Trenowałam. A ty? Coś o sobie powiesz?
<Kelly?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz