- Jesteś pewny?- spytałam, unosząc jedną brew. Zazwyczaj doprowadzało to Sam do białej gorączki.
- Ale co?
- Że tego nie ukazujesz. - odpowiedziałam niepewnie, podgryzając żelka. Zapadła niezręczna cisza - Dobra. Nie ważne. Po co ci tutaj żelki?
- Jak długo przy nich pracuję, to robię się głodny. - wzruszył ramionami Brian - Czego tak szukasz? - Spytał, widząc jak się rozglądam.
- Swetra...
- Został na arenie. Pamiętasz? Zdjęłaś go bo ci rękawy przeszkadzały.
- Czyli , że muszę się po niego wrócić - spochmurniałam.
- Ares już skończył. Przy odrobinie szczęścia nikogo nie spotkamy.
- My?
- Idę z tobą. Ale musimy się pośpieszyć, bo niedługo kolacja.
- Która godzina?- spytałam zaskoczona.
- Dochodzi siódma - odpowiedział Brian. Minęły trzy godziny. Nieźle.
- Chodźmy lepiej - wyszłam z garażu, nadal podgryzając żelka.
- Długo jesz - zauważył chłopak.
- Wiem - odpowiedziałam po prostu. W ciszy ruszyliśmy do Areny. Ze środka dochodziły jakieś odgłosy.
- Życz mi powodzenia - mruknęłam, otwierając drzwi. Nie stał tam jednak Ares, ale jakaś dziewczyna. Na mój widok przerwała siekanie manekina.
- Nie przeszkadzaj sobie. - powiedziałam cicho, spuszczając głowę - Zostawiłam gdzieś tutaj sweter.
<Kelly?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz