- Co? - spytałam zdezorientowana. - Dlaczego?
- Zraz wydarzy się coś złego - szepnęła Rachel.
Spojrzała na arenę.
- Nie uważasz się się zabiją? Albo chociaż jeden zabije drugiego? - skomentował Brian.
- Nie wiem. Oni mogą bardzo długo tak sobie walczyć.
- Może lepiej byśmy im przerwali? - zasugerował chłopak.
- Nie! - krzyknęła Rachel. - Nie możemy.
- Niby dlaczego? - zdziwiłam się. - Wiem, że są źli, ale...
- Po prostu nie - warknęła. - Musimy się stąd zmywać.
- Jednak trzeba coś zrobić by się nie zabili - Brian dalej stawiał na swoim.
Przewróciłam oczami i wychyliłam się trochę. Sytuacja nie była ciekawa. Mimo, że są bogami i w ogóle mają te super moce byli ranni.
Thor spojrzał w stronę trybun i prawdopodobnie mnie zauważył. Nie zdążył zablokować ciosu Aresa. Dostał rękojeścią w brzuch. Jednak to nie zrobiło na nim wrażenia. Pewno nawet tego nie poczuł. Za to Bóg Wojny poleciał kilka metrów za siebie jak dostał Mjolnirem.
Aresowi zajęło trochę by się otrząść. Jednak nim mu się to udało zemdlał. Tak. Na jego dyńkę spadł głaz, który był pięć razy większy większy od mojej dłoni.
Bóg Piorunów znów spojrzał w to miejsce co wcześniej. Nam udało się już wydostać z tej zakichanej areny.
- Rachel? Lepiej ci? - spytał Brian.
<Rachel?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz