Jak to ich tata nazywał? Dawcy organów. Ludzi prujących ponad sto na godzinę na motorze. Nigdy nie powiedziałam, że sama chętnie bym się przejechała. A teraz jest okazja. Niepewna, przygryzłam wewnętrzną stronę policzka.
- Tylko nie jedź za szybko - poprosiłam. Uśmiechnął się i podał mi kask. Zapięłam go pod brodą. Musiałam wyregulować paski, bo cały mi latał po głowie.
- Wsiadaj. - Brian już siedział na nie crossie. Nie wiem, jak go inaczej nazwać. Usiadłam za nim - Musisz się mnie chwycić, bo inaczej spadniesz - objęłam go w pasie, maksymalnie przesuwając się w przód by czasem faktycznie nie spaść. Powietrze przeszył dźwięk silnika. Powoli wyjechaliśmy z garażu.
- Trzymaj się mocno - polecił chłopak, wykonując gwałtowny ruch nadgarstka. Wystrzeliliśmy do przodu. Prędkość zapierała mi dech w piersiach. Mocniej wtuliłam się w plecy Briana. Mimo to wskazówka prędkościomierza nie przekraczała setki. Po jakiejś pół godzince zajechaliśmy ponownie pod garaż. Cisza dzwoniła mi w uszach.
- I jak? - Spytał chłopak, zsiadając z motoru. Odpięłam kask i podałam mu.
- Super - uśmiechnęłam się.
- Widać. W końcu nie jesteś taka blada - położył kaski na półce. Dotknęłam swoich policzków. Były gorące.
- I możesz tak sobie jeździć? Tak po prostu? - Spytałam, schodząc na ziemię. Mimo to musiałam się czegoś trzymać, by nie upaść. Nadal trzęsły mi się nogi.
<Brian?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz