Upadłam w piach. Nadal dzwoniło mi w głowie po uderzeniu. Otworzyłam lekko oczy. Kelly stała nade mną, dysząc ciężko. Przystawiła grot włóczni do mojego gardła. Chwyciłam w dłoń garść piasku.
- Poddajesz się? - Spytała dziewczyna. Ostrze było zaledwie centymetr od mojego przełyku. Sypnęłam jej piachem w oczy. Odskoczyła do tyłu, mijając o milimetry moją twarz. Zerwałam się na nogi i kopnęłam ją mocno w brzuch. Zgięła się w pół, jęcząc cicho. Dysząc usiadłam koło niej.
- Niezła jesteś - Wysapałam, kładąc się na piachu. - Już dawno się tak nie zmęczyłam. Remis?
- Na Odyna! Troy! - Odpowiedziała dziewczyna, zrywając się na nogi. Podniosłam głowę w momencie, kiedy chłopak opadał na ziemię. Nad nim stał jakiś osiłek z nieogarem na twarzy. Bóg wojny już biegł w ich stronę. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, co się stało.
- Nie! - Zawołałam, zrywając się na nogi i chcąc biec w jego stronę. Powstrzymały mnie silne ręce, przytrzymujące w pasie. Próbowałam je od siebie odepchnąć, jednak trzymały mocno.
- Już dobrze... - Kelly odwróciła mnie w swoją stronę. W jej niebieskich oczach był ból. - Nie patrz tam. - Zawyłam cicho, wbijając paznokcie w jej ramiona. Słyszałam jak Ares coś wykrzykuje, a po chwili nastąpiła cisza.
- Przenieśli go do skrzydła szpitalnego. - Odpowiedziała dziewczyna, przytulając mnie do siebie. Zaczęłam pociągać nosem. To niemożliwe... Nagle w wejściu ukazała się biała postać Banshee. Zalała mnie fala wściekłości. Oderwałam się od dziewczyny i chwyciłam najbliższą włócznię.
- Zadowolona jesteś?! - Zawołałam w jej stronę. Wzięłam zamach i rzuciłam bronią jak oszczepem. Gdyby był tu Ares, wkurzyłby się tak jak moja matka kilka lat temu. "Włócznia to nie oszczep. Nie możesz nim sobie tak po prostu rzucać!" Okrzyczała mnie wtedy. Teraz jednak jej tutaj nie było. Broń wbiła się zaledwie metr od zjawy. Przekrzywiła głowę. Nagle w mojej głowie odezwał się jej melodyjne głos.
- Powinnaś bardziej uważać głupia dziewucho. - Powiedziała tylko, po czym zniknęła. Na Arenie panowała przygnębiająca cisza. Chłopak, z którym walczył Troy, chyba przechodził jakieś załamanie nerwowe. Na Arenę wszedł Thor .
- Rozejść się wszyscy! - Zawołał władca piorunów. - Nie wychodzicie z pokojów do odwołania. - Na trzęsących się nogach ruszyłam przed siebie. Cała drużyna Lamy zebrała się w jednym miejscu, rozmawiając po cichu z Thorem. Nie mogłam siedzieć w pokoju, kiedy mój przyjaciel umiera. Albo już umarł. Wymknęłam się wąską ścieżką w stronę Akademii. Cicho przemknęłam się korytarzem do skrzydła szpitalnego. Przed drzwiami stał Cameron.
- Co tutaj robisz? - Spytał, patrząc na mnie nieufnie. Ciekawe czy Troy opowiedział mu o Banshee?
- Co z nim? - Odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Chłopak się zmieszał.
- Jest w środku. Nie powinnaś tam... - W tym momencie przerwało mu pukanie. Otworzył drzwi na tyle wąsko, że nic nie zobaczyłam oprócz jakiegoś chłopaka ubranego na czarno. Szeptali między sobą, po czym Cameron wszedł na salę. Widziałam to. Troy siedział oparty o łóżko z przymkniętymi oczami oraz bandażem na brzuchu. Pchnęłam drzwi, tak że otworzyły się na oścież. Chłopak spojrzał na mnie.
- Ty żyjesz... - Wydukałam tylko, zanim wściekły Cameron wypchnął mnie z powrotem na korytarz.
<Troy?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz