Chwyciłam się mocno chłopaka, by nie spaść. Przytrzymałam się kolanami i po chwili złapałam odpowiedni rytm. Wyjechaliśmy całkiem daleko w las. Wspaniale czułam się ponownie na końskim grzbiecie. Objęłam mocniej Troy'a, chwytając się jego koszuli. W końcu zwolniliśmy do kłusa. Po jakimś czasie zobaczyliśmy polanę. Przystanęliśmy. Była ze wszystkich stron otoczona drzewami. Bucky zaczął niecierpliwie grzebać kopytem w ziemi.Poczułam na plecach dreszcze.
- Nie powinniśmy tutaj być. - Mocno chwyciłam Troy'a za ramię.
- Czemu? - Zdziwił się chłopak, odwracając się do mnie.
- Po prostu. Coś jest z nią nie tak. - Próbowałam wypatrzyć cokolwiek, co sprawiło, że jestem taka przestraszona. Aż czułam jak w środku coś mnie skręca. Nagle zobaczyłam stojącą na drugim końcu polany biała postać.
- Widzisz ją? - Spytałam, wskazując na nią palcem. Chłopak skupił wzrok na miejscu, które pokazywałam. Ledwo zauważalnie skinął głową. Dopiero po chwili rozpoznałam tą kobietę. Włosy zjeżyły mi się na karku. Kiedy byłam mała, mama straszyła mnie nimi. A za każdym razem, kiedy była burza, wyobrażałam sobie, jak podchodzą do mojego okna, zawodząc żałośnie.
- Jedź! - Krzyknęłam, klepiąc konia w zad. Wystrzelił jak z procy, w drugą stronę. Byle dalej od białej kobiety. Troy chyba wyczuł, że jest coś nie tak, bo nie zadawał żadnych pytań. Zwolniliśmy dopiero, kiedy dojechaliśmy do stajni. Wjechaliśmy do środka. Zsunęłam się na ziemie, jeszcze zanim stanęliśmy.
- Co to było? - Spytał Troy. Głos mu lekko drżał, choć starał się tego nie okazywać.
- Banshee. - Odpowiedziałam, opierając się o ścianę boksu. - Biała kobieta zwiastująca śmierć.
- Czyli, że... - Chłopak głaskał niepewnie Bucky'ego.
- Nie. Nic się nie stanie. - Skłamałam. - Muszę porozmawiać z rodzicami. - Odpowiedziałam, zostawiając chłopaka samego.
<Troy?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz