- Oczywiście, że nie - odparłem. Rachel uniosła brew.
- Czyżby?
- Tak. Przyszedłem bo jestem głodny.
- Zazwyczaj przychodzi kilka razy dziennie - powiedziała kucharka. - Dziś był tylko cztery.
- Ile dni jesteś w Akademii? - spytała dziewczyna.
- A ja wiem - wzruszyłem ramionami. - Chyba z tydzień. Ty przyjechałaś dziś, prawda?
- Tak. Dzisiaj. Ogólnie planem by tutaj przetrwać było zaszycie się w bibliotece...
Uśmiechnąłem się.
- Ale niestety są lekcje walki. Dla kogoś kto ich nie lubi, będzie to istną katorgą.
- Niestety - Rachel westchnęła. - Zwłaszcza teraz.
- Boję się, że Ares się na ciebie uweźmie. Nikogo nie faworyzuje, ale lubi mieć kozła ofiarnego.
- I oczywiście musiało wypaść na mnie. Dlaczego muszę mieć takiego pecha?
- Tylko, że to on jest moim ojcem - mruknąłem. Dziewczyna trochę się rozpromieniła.
- Może jednak nie mam tak źle.
- Pewnie, że nie - szturchnąłem ją przyjacielsko. - Ktoś musi cię podszkolić.
<Rachel?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz