Przechodząc przez akademik kląłem na ojca za to, że mnie tutaj sprowadził. Po co mu to było?! Przecież i tak się mną nie interesuje, tak samo jak Afrodyt!. Mogli mnie zostawić tam gdzie byłem! Miałem prace, mieszkanie i dziewczynę. Ale nie! Oni musieli wszystko spieprzyć! Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę! Nic mi nie było! Nagle musiał zacząć się mną interesować! Bo jak było mi ciężko, to nawet nie chciał mnie znać! Też mi ojciec. Nawet nie zasłużył na takie miano!
Byłem cały sfrustrowany przez co paliło mnie coś od środka. Wiadomo, że nie powinno się przezywać bogów, ale on jest moim ojcem. To taka rodzinna kłótnia, która może zakończyć się śmiercią jednego z nas. Nic specjalnego.
Chwyciłem za klamkę i otworzyłem drzwi. Wpadła na mnie jakaś dziewczyna. Po prostu dzień idealny! Miałem się na nią wydrzeć i powiedzieć coś w stylu: ,,jak łazisz?!" i iść dalej nie zwracając na nią uwagi, ale ona odezwała się pierwsza.
- Sorka - pisnęła i opuściła głowę w dół. Ruszyła w głąb korytarza. Zrobiło mi się trochę głupio. Wyczułem jej strach. Trochę się przestraszyła.
- Zaczekaj! - zawołałem za nią. Ona stanęła jakoś tak sztywno i niepewnie.
- Tak? - spytała. Dalej miała głowę opuszczoną w dół.
- Wybacz - to słowo ledwie przeszło mi przez gardło, ale bała się mnie. Musiałem coś zrobić.
- Nie, to ja przepraszam - wykrztusiła i popatrzyła na mnie. Uśmiechnąłem się.
- Jestem Brian - starałem się by mój ton brzmiał przyjaźnie. Wyciągnąłem do niej rękę. - A ty jak masz na imię?
<Rachel?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz